środa, 21 sierpnia 2013

rogacizna

Płynąc kanałem nieoczekiwanie na lewym brzegu zobaczyliśmy zwierzaki całkiem przypominające bawoły. Dość nieoczekiwany widok, jak na to miejsce, nieprawdaż?
Nie przejawiały większego zainteresowania naszymi osobami. Stały i się gapiły - żadnej agresji z ich strony.

Zresztą takie dziwadła raczej nie pojawiają się zbyt często na wodzie w zasięgu ich wzroku. Być może był to ich pierwszy raz.

Były też małe żabki od czasu do czasu.






kanał Schmollensee - Achterwasser

Po szybki przewiosłowaniu jeziora Schmollensee skierowaliśmy się bezpośrednio w stronę wejścia do kanału łączącego je z zatoką Achterwasser. Miejsce to spenetrowaliśmy już poprzedniego dnia wieczorem, nie było więc problemu z odnalezieniem "bramki".
W pewnej odległości był widoczny betonowy most drogowy dość nisko posadowiony nad wodą. Przejścia przez takie miejsce wymagają dużej ostrożności. Ludzie różne rzeczy zrzucają z mostu do wody. Zdarza się, że zaraz pod powierzchnią wody znajduje się ostry koniec jakiegoś przedmiotu - konstrukcji, który może poważnie uszkodzić dno łódki.
Kiedyś na Drawie obok mostu widziałem porzucony piękny kajak Neptun, rozpruty na całej długości i z uszkodzonymi wręgami właśnie po takiej przygodzie. Nie nadawał się do prostego remontu.

Przeszliśmy pod tym niskim mostem bez żadnego kłopotu i przygód, oczywiście zachowując odpowiednią ostrożność i z bardzo małą prędkością.

Zaraz za mostem roztoczył się piękny widok na niezbyt szeroką całkiem dziką rzeczkę, z wodą prawie stojącą w miejscu. Zero śladów cywilizacji - sama natura. Nie było też większych przeszkód w postaci zwalonych drzew poza jednym miejscem.

Mniej więcej w połowie drogi, z lewej burty zupełnie nieoczekiwanie zobaczyliśmy kilka bawołów i bawolic. Biorąc pod uwagę otoczenie, silne słońce i zwierzaki można było się poczuć przeniesionym w całkiem inne niż nadbałtycka wyspa miejsce.

Na końcu kanału już przed samym Achterwasser była betonowa zapora z tylko małym przepustem do wymiany wody. Zaparkowaliśmy więc deski na brzegu i ruszyliśmy pieszo wałem powodziowym w kierunku miejsca, gdzie powinien znajdować się czarci głaz.














śniadanie

Po dość krótkim porannym wiosłowaniu - niecała godzina i parę kilometrów


oraz porannej drzemce - przyszedł czas na śniadanie.
Oczywiście w butli nieoczekiwanie skończył się gaz i trzeba było powrócić do bardziej tradycyjnych metod, czyli ogniska. Do zagotowania wody nie jest potrzebne wielkie piknikowe przedsięwzięcie.
Wystarczy trochę suchych patyków zebranych w pobliżu wybranego miejsca. W sam raz było gotowe do tego celu. Za rozpałkę posłużyło kilka gałązek iglaka.
W niespełna dwadzieścia minut miałem wrzątek na kawę i kubek ziemniaczanego pure.
Kubki z pure są moim ulubionym składnikiem posiłków na takich przedsięwzięciach. Bardzo szybkie do przygotowania, często uzupełniam je różnymi dodatkami. Natomiast nie używam różnego rodzaju zupek i makaronów typu instant. Dietą, "szkodliwością" i innymi podobnymi opiniami nie przejmuję się wcale.
To jest tylko kilka dni. Liczy się przede wszystkim krótki czas otrzymania gorące i pożywnego posiłku.

Po śniadaniu wyruszyliśmy już na dłuższą trasę z zadaniem odnalezienia czarciego głazu.








wtorek, 20 sierpnia 2013

wschód słońca nad Schmollensee

Po powrocie z wieczornej eskapady zaparzyliśmy kawę - obozowisko było już wcześniej rozłożone łącznie z płachtą pełniącą rolę namiotu. Karolina oczywiście śmiała się z szumnego jej zdaniem określenia "namiot".
Jest to wyjątkowo proste rozwiązanie: nieprzemakalna płachta 2x3m, dwa kijki trekingowe, skladany drążek od wałka do malowania, trochę linki i sześć namiotowych śledzi.
Z podobnych rozwiązań korzystałem w trakcie swoich wypraw "living history" i zawsze sprawdzały się doskonale.
Trochę pogawędek na tematy naukowe i filozoficzne. Trochę na temat życia młodego naukowca i czas spać.
Obudziłem się, jak zwykle przed wschodem słońca, Karola jeszcze twardo spała. Zrzuciłem deskę na woda i powiosłowałem na środek jeziora obejrzeć i obfotografować wschód słońca.












Po około godzinie wiosłowania wróciłem do obozowiska - Karola dalej spała. Ja też jeszcze zdrzemnąłem się trochę.

wejście do kanału Schmollensee - Achterwasser

W ramach wieczornej eskapady odnaleźliśmy wejście do kanału łączącego Schmollensee i Achterwasser. Był to jeden z punktów docelowych dłuższej ekspedycji planowanej na dzień następny i związanej z poszukiwaniem czarciego głazu na Achterwasser.

Wejście było zasłonięte trzcinami od naszej strony i musiałem kilkakrotnie użyć mapy z GPS, aby odnaleźć wejście. W końcu udało się.

Samo wejście było stosunkowo szerokie i przegrodzone jedynie jakąś starą konstrukcją. Przeszedłem bramkę dość swobodnie. Natomiast Karolina potrzebowała chwilę czasu. Jej deska ze względu na boczne pływaki i większą długość - chociaż bardziej stabilna, jednak jest trudniejsza do manewrowania.

Udało się również. Przepłynęliśmy tylko kilkadziesiąt metrów w głąb kanału. W oddali w zapadającym już powoli mroku było widać most drogowy. Szerokość kanału pozwalała przypuszczać, że nadaje się do przejścia bez potrzeby używania nadzwyczajnych środków. Zresztą na ekstremalne wyczyny nie byliśmy sprzętowo oraz mentalnie przygotowani. To nie była ekspedycja tylko letnia przygoda na luzie.

Ponadto nie miałem zamiaru tym razem zamęczać Karoliny swoimi szalonymi pomysłami. Pamiętam doskonale, że po każdej naszej wyprawie stwierdzała:
- nigdy więcej w życiu.
Szczególnie w przypadkach, gdy mokrzy, zmarznięci i zmęczeni siedzieliśmy gdzieś pod drzewem z braku namiotu, a ja rozglądałem się dookoła z błogim uśmiechem i krótko podsumowując sytuację mówiłem:
- fajno jest!
w odpowiedzi:
- może Ty Stary jesteś niezniszczalną genetyczną pomyłką, ale nie każdy taki jest! Nigdy więcej w życiu!

Oczywiście pamięć jest krótka i wybiórcza i za jakiś czas znowu dawała się namówić na jakąś eskapadę. Oczywiście dbam o to, aby każdy nowy projekt różnił się od poprzedniego. Nie ma co utrwalać nawyków.










zachód słońca nad kolonią ptaków

Pierwszym miejscem, do jakiego dotarliśmy podczas naszej wieczornej eskapady po jeziorze była kolonia ptaków na zachodnim brzegu.
Duża ilość uschniętych drzew, które obsiadły stada wron siwych.
W tle malowniczo zachodziło słońce. Karola stwierdziła:
- to wygląda, jak z jakiegoś filmu grozy....













Po drodze odwiedziliśmy, jak już wspomniałem wcześniej wejście do kanału. Powrót do obozowiska odbywał się już po części nocą.